Zmiana rubryk w dokumentach państwowych rzadko kiedy wzbudza emocje, bo większość obywateli zakłada, że administracja zajmuje się sprawami technicznymi, porządkując formularze, ułatwiając obieg danych i upraszczając procedury, jednak moment, w którym z aktów stanu cywilnego mają zniknąć słowa „mąż” i „żona”, a w ich miejsce pojawiają się określenia „małżonek 1” i „małżonek 2”, nie jest już korektą biurokratyczną, lecz ingerencją w język prawa, który od wieków opisuje fundamenty relacji społecznych i który w nowoczesnym państwie jest ściśle związany z konstytucyjną wizją małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny, dlatego nie sposób traktować tej propozycji jako niewinnej kosmetyki legislacyjnej, skoro dotyka ona pojęć znajdujących się w samym sercu ustroju.
Prawo nie jest słownikiem synonimów, który można dowolnie redagować w zależności od aktualnej mody ideologicznej, lecz systemem pojęć niosących konkretne konsekwencje normatywne, a zmiana języka w dokumentach publicznych bardzo często bywa pierwszym etapem głębszej transformacji, ponieważ to, co zostaje zapisane w formularzach, rejestrach i bazach danych, stopniowo zaczyna funkcjonować jako norma społeczna, aż w końcu wraca do ustaw i orzeczeń sądów już nie jako kontrowersyjna nowinka, lecz jako fakt dokonany, z którym rzekomo nie da się dyskutować, bo „tak już jest”.
W tym sensie zastąpienie pojęć zakorzenionych w tradycji prawnej terminologią numeracyjną nie jest neutralnym zabiegiem, lecz sygnałem zmiany paradygmatu, w którym relacja osobowa zostaje sprowadzona do kategorii technicznej, a instytucja małżeństwa – do administracyjnej konfiguracji podmiotów, co budzi poważne pytania o to, czy państwo nie zaczyna traktować obywateli jak elementów systemu informatycznego, zamiast jak osoby uczestniczące w porządku prawnym opartym na antropologii, historii i konstytucyjnych gwarancjach.
Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że tego rodzaju modyfikacje próbuje się wprowadzać nie w drodze szerokiej debaty parlamentarnej ani w wyniku zmiany ustawy zasadniczej, lecz poprzez rozporządzenia i decyzje administracyjne, a więc instrumenty najsłabsze z punktu widzenia hierarchii źródeł prawa, co rodzi wrażenie obejścia procedur demokratycznych i budzi uzasadnione wątpliwości co do zgodności takich działań z zasadą nadrzędności Konstytucji oraz stabilności systemu prawnego, który powinien być odporny na chwilowe prądy ideologiczne.
Cała ta sytuacja wpisuje się w szerszy kontekst sporów między państwami członkowskimi a instytucjami europejskimi dotyczących zakresu kompetencji, pierwszeństwa prawa unijnego oraz granic ingerencji w kwestie tożsamości konstytucyjnej, ponieważ coraz częściej pojawiają się głosy, że pod hasłami harmonizacji i standardów europejskich forsowane są rozwiązania, które wkraczają w obszary pozostawione dotąd suwerennej decyzji narodowych wspólnot politycznych, zwłaszcza tam, gdzie chodzi o rodzinę, wychowanie i definicje podstawowych instytucji społecznych.
W przestrzeni medialnej te spory rzadko przedstawiane są w sposób pogłębiony, bo znacznie łatwiej jest sprowadzić je do moralnych etykiet, w których jedna strona zostaje obsadzona w roli „postępowej” i „nowoczesnej”, a druga jako „zacofana” i „nieprzystająca do współczesności”, co skutecznie zamyka drogę do rzeczowej rozmowy o granicach władzy, roli konstytucji oraz tym, czy państwo prawa może pozwolić sobie na redefinicję podstawowych pojęć bez szerokiego mandatu społecznego.
Zwolennicy zmian argumentują często, że chodzi jedynie o włączenie nowych kategorii obywateli w system administracyjny, krytycy natomiast odpowiadają, że prawdziwą stawką jest precedens, który pozwala władzy wykonawczej na stopniowe przesuwanie znaczeń konstytucyjnych terminów bez formalnej zmiany ustroju, a historia XX wieku dostarcza licznych przykładów, w których podobne operacje językowe poprzedzały głębsze przeobrażenia społeczne, prowadząc do sytuacji, w której prawo przestawało być odbiciem rzeczywistości, a stawało się narzędziem jej ideologicznego modelowania.
W tle tych debat pojawiają się również pytania o kondycję samej Europy, starzenie się społeczeństw, presję na systemy emerytalne, kryzysy gospodarcze i energetyczne, a także o to, czy koncentracja uwagi elit politycznych na sporach symbolicznych nie jest próbą przesłonięcia znacznie poważniejszych problemów strukturalnych, które będą definiować przyszłość kontynentu w kolejnych dekadach, bo zmiana rubryk w dokumentach nie zwiększy liczby urodzeń, nie ustabilizuje rynku pracy i nie rozwiąże problemów demograficznych, które coraz wyraźniej rysują się w statystykach.
W tym sensie pytanie o „małżonka 1” i „małżonka 2” staje się czymś więcej niż sporem terminologicznym, ponieważ dotyczy ono tego, w jaki sposób wspólnota polityczna rozumie samą siebie, czy traktuje konstytucję jako realne ograniczenie władzy, czy raczej jako tekst podlegający swobodnej reinterpretacji w zależności od aktualnych oczekiwań ideologicznych, oraz czy obywatele są jeszcze podmiotami procesu prawotwórczego, czy też stopniowo sprowadzani są do roli odbiorców decyzji podejmowanych ponad ich głowami.
Esej ten nie rozstrzyga wszystkich tych sporów, bo nie jest to rola publicystyki, lecz stawia pytanie, którego nie da się dłużej odkładać: czy w państwie prawa zmiany dotyczące fundamentów porządku społecznego powinny następować przez administracyjne skróty i techniczne korekty formularzy, czy raczej w drodze otwartej, uczciwej debaty, w której obywatele mają świadomość, że nie chodzi jedynie o słowa, lecz o definicję instytucji, które od pokoleń tworzyły ramy wspólnego życia.
Jeżeli bowiem historia czegokolwiek uczy, to tego, że cywilizacje rzadko rozpadają się od spektakularnych wstrząsów, a znacznie częściej od drobnych, stopniowych przesunięć, które na początku wydają się nieistotne, dopóki nie okaże się, że zmieniły sposób myślenia całych społeczeństw, dlatego właśnie warto dziś uważnie przyglądać się nie tylko wielkim deklaracjom politycznym, lecz także małym rubrykom w państwowych formularzach, bo to w nich często zaczyna się proces, który później trudno zatrzymać.

