„Idźcie i nauczajcie… ale NIE wszystkie narody”

Ten tekst nie powstał po to, żeby kogoś atakować. Powstał po to, żeby przestać udawać, że nie widzimy, co dzieje się dziś z językiem wiary, z misją Kościoła i z samym sensem Ewangelii. Powstał z potrzeby nazwania rzeczy po imieniu, zanim znikną pod warstwą uprzejmych formułek, dyplomatycznych skrótów myślowych i teologicznego półcienia, w którym wszystko da się powiedzieć, ale coraz trudniej powiedzieć cokolwiek wprost.

Bo Jezus, wysyłając uczniów, powiedział jasno: „Idźcie i nauczajcie wszystkie narody”. Nie dodał przypisu, nie zostawił furtki, nie zaznaczył wyjątków. W tych słowach nie ma marginesu na selekcję odbiorców, na geopolityczne kalkulacje ani na duszpasterską autocenzurę. A jednak dziś coraz częściej można odnieść wrażenie, że to zdanie zaczyna być traktowane jak hasło wymagające doprecyzowania, korekty albo ostrożnej reinterpretacji, tak aby nie wywoływało napięć w świecie coraz mniej cierpliwym wobec religijnej pewności.

W przestrzeni publicznej pojawia się język, który mówi o „szczególnych wrażliwościach”, „delikatnych kontekstach”, „potrzebie milczenia”, gdy sprawa dotyczy głoszenia Chrystusa w pełni. Coraz częściej słyszymy, że są sytuacje, w których lepiej nie mówić zbyt jasno, że niektórych tematów nie wypada poruszać, że istnieją grupy, wobec których Kościół powinien zachować inny rejestr — bardziej powściągliwy, mniej jednoznaczny, ostrożniejszy w słowach. I właśnie tutaj rodzi się pytanie, którego nie da się już dłużej omijać: czy depozyt wiary pozostaje czymś stałym, czy zaczyna być traktowany jak punkt wyjścia do negocjacji z duchem epoki.

Problem nie polega na tym, że Kościół rozmawia ze światem. Rozmawiał zawsze. Problem zaczyna się wtedy, gdy rozmowa przestaje być narzędziem przekazu prawdy, a zaczyna być sposobem jej rozcieńczania. Gdy dialog, zamiast prowadzić do jasności, staje się wygodnym parawanem dla milczenia. Gdy troska o to, by nikogo nie urazić, zaczyna przeważać nad troską o to, by mówić to, co zostało powierzone do głoszenia.

Właśnie w tym kontekście wracają dziś pytania o modlitwę za Żydów, o sens Dnia Judaizmu w Kościele, o to, jak rozumieć obecność religii w przestrzeni publicznej i dlaczego symbole jednych są bronione z całą mocą instytucjonalną, podczas gdy symbole innych stają się przedmiotem sporów, procesów i medialnych nagoniek. Spory wokół krzyża, kontrowersje związane z jego obecnością w miejscach publicznych, gwałtowne reakcje na jedne gesty i niemal zupełna cisza wobec innych — wszystko to składa się na obraz głębszego napięcia, które nie dotyczy tylko polityki czy kultury, ale samego rozumienia religii w świecie późnej nowoczesności.

Nie chodzi tu o budowanie wrogości wobec kogokolwiek. Chodzi o uczciwość. O zdolność stawiania pytań, które nie są wygodne. O odwagę zauważenia, że w praktyce społecznej zaczynają obowiązywać podwójne standardy: jedni mogą otwarcie bronić swojej symboliki religijnej, odwoływać się do Pisma i tradycji, inni za podobne gesty bywają natychmiast wpisywani w rejestr podejrzanych, radykalnych albo „niebezpiecznych”.

W tym miejscu powraca fundamentalna kwestia: czy misja Kościoła jest nadal rozumiana jako powszechne głoszenie zbawienia w Chrystusie, czy coraz częściej przedstawia się ją jako delikatną obecność bez wyraźnego wezwania do nawrócenia. Jeśli „wszystkie narody” zaczyna znaczyć „niektóre narody”, to nie jest to drobna korekta pastoralna, ale zmiana samego sensu chrześcijańskiego orędzia. Chrześcijaństwo od początku było religią, która wychodziła poza granice etniczne, kulturowe i religijne. Apostołowie zaczynali od synagog, od Jerozolimy, od własnego narodu, ale właśnie dlatego, że wierzyli w uniwersalność misji, nie zatrzymali się na żadnym progu.

Dziś jednak coraz częściej słyszymy, że istnieją „szczególne drogi”, których nie należy kwestionować, że są przestrzenie, do których Ewangelia powinna docierać tylko w sposób pośredni, niemal nieuchwytny. Taki sposób myślenia rodzi niepokój, bo jeśli Kościół zacznie sam siebie ograniczać, to kto będzie wyznaczał granice jego milczenia jutro.

Ten tekst nie próbuje rozdawać prostych odpowiedzi. Próbuje raczej przywrócić wagę pytaniom, które są fundamentem wiary: czym jest prawda, czym jest misja, czym jest odpowiedzialność za słowo, które — według chrześcijaństwa — nie pochodzi od ludzi, lecz zostało powierzone ludziom do przekazania dalej. Bo Ewangelia nie jest własnością żadnej epoki, żadnego parlamentu, żadnej komisji ani żadnego medialnego klimatu. Jest zobowiązaniem.

Jeżeli po lekturze zostaje w czytelniku niepokój, napięcie albo przynajmniej chęć sprawdzenia źródeł, sięgnięcia do dokumentów, do Pisma, do historii nauczania Kościoła, to znaczy, że tekst spełnił swoje zadanie. Prawda rzadko działa jak kołysanka. Częściej działa jak dzwon, który wyrywa z drzemki.

Bo czasem, żeby coś naprawdę usłyszeć, trzeba najpierw przestać mówić sobie, że wszystko jest w porządku.

Tags: No tags

Comments are closed.